Psim szlakiem

Ta historia nadaje się na film. Od razu uprzedzam drogi czytelniku, że nie dało się krócej o tym napisać. Zresztą w miarę lektury sam się przekonasz… Poranek 20 maja, pobudka, droga na pociąg i wyjazd do stacji Bobowa o godz. 5:57. Tak zaczęła się wyjątkowa podróż do wspaniałych ludzi, do piękna natury, do nowej, wyjątkowej przyjaźni…

Gościnność z jaką nas przyjęto jest godna podziwu. Wszystko za sprawą Bartka – młodego, pełnego inicjatywy młodzieńca. To on wpadł na pomysł „Majówki z redemptorystami” w kościele rektoralnym w Sędziszowej k. Siedlisk bobowskich. Kościółek uroczy, zabytkowy. Miejscowy duszpasterz i zarazem rektor tegoż kościółka – ks. Jacek – zrobił na nas bardzo dobre wrażenie: przywitał, ugościł, a przede wszystkim dał świadectwo księdza bliskiego powierzonym sobie ludziom. Ale na razie wróćmy do początku naszej przygody, bo „Majówka z redemptorystami” (Bartek zrobił nawet plakaciki!) miała miejsce dopiero wieczorem. Pozostałą część dnia przeznaczyliśmy na trasę Sędziszowa – wieża widokowa w Bruśniku – Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach.

Na początek szlaku ze stacji Bobowa podwiózł nas Bartek razem ze swoim tatą. Było nas pięciu – Tymoteusz Macioszek, Karol Łukaszczyk, Jakub Gościński, Sławomir Wardzała i Grzegorz Pruś (ten ostatni podjął zaproszenie Bartka i nas zorganizował). Ruszyliśmy pełni zapału. Początek trasy prowadził przez Drogę krzyżową wykonaną przez miejscowego rzeźbiarza – znaleźliśmy na niej cytat z naszego Założyciela: „Kto się modli ten się zbawi, kto się nie modli ten się potępi”. Pokrzepieni tym soczystym cytatem zmierzaliśmy w stronę wieży w Bruśniku. Niestety pobłądziliśmy… Z pobliskiej chaty wyłonił się rudy, wąsaty pan. Wskazał nam drogę, ale zaznaczył, że gdy dojdziemy do mostu dalej sami będziemy musieli kombinować – tak też było! Most się znalazł i w dalszą drogę ruszyliśmy instynktownie pod górę, bo wieża miała być za górą… Niedługo po tym znów nabraliśmy wątpliwości: Którędy?! Wtem z lasku naprzeciw nas wybiegły dwie sarny – podążyliśmy za nimi i to był strzał w dziesiątkę. Dotarliśmy do jakiejś zgrabnej betonowej drogi, w oddali dumnie prezentowała się wieża. Ruszyliśmy za drogą i znów wątpliwości… I tutaj drogi czytelniku rozpoczyna się przełom tej wyprawy, do tej pory dosyć konwencjonalnej (o ile chodzenie śladem saren można za takie uznać). Jeżeli umieszczone na początku tej notki sformułowanie „nowa, wyjątkowa przyjaźń” zaintrygowało Cię, to teraz rozpoczyna się ten wątek.

Jakieś 30 m od nas, w przeciwnym kierunku, podążał szacowny gospodarz z dwiema krowami i małym, białym psem. Minęliśmy się. Chwilę później, gdy przedzieraliśmy się przez jakieś pole zastanawiając się jak znaleźć drogę do wieży, mały, biały pies podszedł do nas.  Miał w sobie jakiś urok, który dawał pociechę. Kilka głaśnięć na powitanie i psiak ruszył przed nami. „Poszliśmy za sarnami i opłaciło się, czemu nie zaryzykować teraz?” – pomyśleliśmy i ruszyliśmy za małym, białym przewodnikiem. I tym razem nie zawiedliśmy się – dotarliśmy na wieżę, w międzyczasie coraz bardziej przywiązując się do nowego towarzysza.

Pokrzepieni wspaniałą panoramą, widoczną z wieży, obraliśmy kolejny cel – Ciężkowice. Jednakże do naszych głów coraz mocniej docierał niepokój, który koniec końców pojawił się na ustach: „Ten mały musi wrócić do siebie!” Postanowiliśmy złamać własne serca i zbiorowo spłoszyć uroczego psiaka, który nie chciał nas opuścić. Krzyk, groźne miny i kij w ręku, a w sercu ból. No cóż, to dla jego dobra… Pies po długim odganianiu, ze spuszczonymi uszami i oczami wielkimi jak księżyc w pełni, odszedł. To była trudna decyzja, ale 5 dorosłych mężczyzn musiało podjąć odpowiedzialną decyzję! Kilkaset metrów dalej mały wrócił, a 5 dorosłych mężczyzn nie miało serca płoszyć go po raz kolejny…

Tak dotarliśmy do Ciężkowic. W międzyczasie nasz towarzysz gonił pociąg, ptaka lecącego 20 m nad nim i pływał w wielkiej kałuży sądząc, że kamień który tam wrzuciliśmy jest jadalny… Na rynku w Ciężkowicach spotkaliśmy naszych dwóch współbraci, którzy zmierzali na „Majówkę z redemptorystami” inną drogą – Ireneusza Krzywonia i diakona Łukasza Barana. Wspólnie zjedliśmy obiad, a mały, biały pies ganiał przejeżdżające autobusy skupiając na sobie serdeczną uwagę okolicznych gapiów. Widocznie ten psiak po raz pierwszy opuścił swoją wioskę, nie przywykł zatem do miejskich zwyczajności. Rozstając się na krótki czas z napotkanymi współbraćmi wkroczyliśmy do Skamieniałego Miasta – po jego pokonaniu miał przyjechać po nas Bartek z tatą. To rodziło pytania: „Jak rozstać się z tym małym?” Byliśmy już gotowi wziąć go z nami! Te rozważania przerwało nieprzyjemne wydarzenie.

Z naprzeciwka wyłoniło się małżeństwo z dzieckiem i ogromnym owczarkiem niemieckim. Mały, biały pies jak dziecko we mgle, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że ów wilczur z łatwością by go rozszarpał, zaczął obwąchiwać go tu i tam. Wilczur wystawił zęby, zaczął się burzyć, właścicielka z trudnością próbowała go utrzymać. Jej męża stojącego obok zamurowało. Pies ogonem wywrócił dziecko – płacz! My w panice, ruszyliśmy na pomoc, a mały, biały pies w najlepsze delektował się nowo napotkanym „afrodyzjakiem”… Dopiero siłą udało się przekonać psiaka, żeby przestał i sytuacja została jakoś zażegnana.

Gdy dotarliśmy na koniec szlaku Skamieniałego Miasta nasze rozterki osiągnęły punkt kulminacyjny. Bartek z tatą byli już w drodze, a mały za nic nie chciał nas zostawić. Transport zajechał, otworzyliśmy drzwi, kilku z nas już było w środku, a maleńki kręcił się czekając na swoją kolej wsiadania… Wtem z lasu wyszła wspomniana już rodzinka z psem! Nasz towarzysz bez chwili wahania ruszył w ich stronę, wilczur wyszczerzył kły, właścicielka się wściekła, jej mąż na nas krzyknął i wtedy padło kluczowe zdanie. Wypowiedział je jeden z nas – Sławek. To zdanie nas otrzeźwiło. Pomogło zobaczyć fakty oddzielone od tumanów emocji piętrzących się w nas podczas tej wyprawy. „To nie jest nasz pies!” i zdenerwowany pan musiał odpuścić. Z wnętrza aut, które wiozły nas do Sędziszowej widzieliśmy już z daleka wściekłego owczarka niemieckiego, poirytowaną właścicielkę i małego, białego psa, który zdawał się widzieć przed sobą uśmiechniętego przyjaciela, któremu właściciele nie pozwalają wyrazić czułości względem niego… Drogi czytelniku, to jeszcze nie koniec historii związanej z naszym nowym przyjacielem. Jeszcze do niej powrócę. Ale póki co przejdę do wspaniałych wydarzeń w Sędziszowej.

Ksiądz Jacek powierzył nam prowadzenie majówki, a także przewodniczenie Mszy Świętej – dołączył do nas na miejscu o. Artur Pruś CSsR. Łukasz Baran wygłosił kazanie na nabożeństwie majowym przedstawiając słuchaczom kim są redemptoryści. Irek zagrał na organach, a Tymek na gitarze, reszta współbraci wspierała śpiewem. Zgromadziło się sporo dzieci, młodzieży, nie zabrakło oczywiście dorosłych. Ojciec Artur nawiązał do historii swojego życia – w tym kościółku był chrzczony, odprawiał w nim także Mszę prymicyjną. W homilii zachęcił wszystkich do podjęcia misji głoszenia Jezusa w świecie.

Następnym punktem był mecz w piłkę nożną: klerycy kontra chłopaki z Sędziszowej. Walka była wyrównana, ale nasi miłosierni przeciwnicy pozwolili nam wygrać (hehe:P). Dookoła boiska tętniło życiem, ks. Jacek i o. Artur grali w siatkę z dziećmi i młodzieżą, a miejscowi gapie przyglądali się walce na boisku. Po rozgrywkach ruszyliśmy na wspólną agapę przy kiełbasce i wyśmienitym cieście. Nie zabrakło śpiewu i zabawy – panowała wspaniała atmosfera.

I tutaj wraca temat naszego psiaka. Jedna z dziewczyn posługująca przy stołach miała koszulkę z napisem: I love dogs more than people (Kocham psy bardziej niż ludzi). Nie chcę wchodzić w polemikę z tym napisem, chodzi bardziej o przypadkową rozmowę, która wywiązała się miedzy nią, a jednym z naszych współbraci. Ten ostatni pokazał jej zdjęcie „niespodzianki” naszej wyprawy, uroczego czworonoga, przez którego o mało co nie nabawiliśmy się nerwicy. „To pies mojego sąsiada! Mówił, że widział dziś grupę mężczyzn wędrujących po polu.”

Mamy głęboką nadzieję, że mały, biały pies odnalazł drogę do domu. A tymczasem towarzyszy nam ciągłe napięcie. Każdego dnia bowiem w drzwiach naszego klasztoru może pojawić się właściciel zaginionego psa z kosą w ręku, która bynajmniej nie posłuży mu do koszenia trawy…

br. Tymoteusz Macioszek CSsR