ŚWIĘTY ALFONS – ZJEDNOCZENIE Z BOGIEM PRZEZ MODLITWĘ

Nawet pobieżne przyjrzenie się historii ludzkości pozwala stwierdzić, że człowiek od zawsze starał się nadać sens swojemu życiu. Rezultaty odkryć archeologicznych ukazują jego ewolucyjne dojrzewanie do wielu ról, do których przyjęcia zmuszało go życie. Nadawanie sensu związane więc było ze sztuką przetrwania, ze zdobyciem pożywienia, z budownictwem, obronnością, itp. Stopniowo duch ludzki dojrzewał do organizowania się we wspólnoty zamieszkania.

Wraz z tym „ziemskim” nadawaniem sensu swoim dniom, ludzie odkrywali w sobie również pewną intuicję dotyczącą życia religijnego. Człowiek dostrzegł, że „musi być coś jeszcze”. Obserwując stworzony świat, piękno, porządek i logikę, jakie z niego emanowały, duch ludzki wyczekiwał na ukazanie się twórcy tego, co go otaczało. Można w tym miejscu użyć pewnego obrazu: „Wchodzimy do pokoju. Widzimy, że jest pięknie uporządkowany, że stoi nakryty do posiłku stół, na stole wazon ze świeżymi kwiatami. Ktoś to dla nas przygotował. I oczekujemy na ten moment, gdy ten ktoś się objawi, ktoś, kto za tym wszystkim stoi”. Podobnie ze światem. Człowiek dostrzegł, że ktoś musiał to wszystko zaaranżować, że jest tu jakiś ślad zamysłu, bardzo doskonałego.

Drugą rzeczywistością, która skłoniła człowieka do wypatrywania sensu poza sobą, było istnienie zła oraz rodząca się z tego faktu potrzeba: pragnienie wyzwolenia, pokonania cierpienia i śmierci. W pewnym sensie Pan Bóg „musiał” się człowiekowi objawić, odpowiadając mu na pytanie o sens rzeczywistości, która go otaczała. Objawienie to konkretyzuje się w historii Abrahama aby, poprzez wieki historii Starego Testamentu, osiągnąć swoją pełnię w osobie Jezusa Chrystusa, który jest kluczem do zrozumienia wszelkiego sensu. „Jest”, a nie tylko „był”. Chrystus bowiem nie jest jedynie kwestią przeszłości, nie jest jedynie mądrym mistrzem, gromadzącym wokół siebie uczniów, nie jest również pacyfistycznym rewolucjonistą miłości – jak wiele osób chciałoby Go widzieć. Jezus jest jedynym Zbawicielem człowieka. I aby to dzieło zbawienia mogło trwać nadal w historii, Chrystus założył Kościół, w którym nieprzerwanie przebywa. Jest obecny, udziela się, oddaje się w nasze ręce.

Również i my dzisiaj, w I połowie XXI wieku stawiamy sobie podobne pytania jak ludzkość przed nami. Tyle, że jesteśmy w pewnym sensie po drugiej stronie lustra:  żyjemy w historii Kościoła, w realnej obecności Jezusa Chrystusa, zmartwychwstałego Pana – mamy więc dostęp do prawdy. A jednak tak trudno jest nam według niej żyć. Każdy z nas chyba w jakiś sposób doświadcza, że – choć znając dobrze Boże drogi – skłonny jest do chodzenia własnymi ścieżkami, do niestawiania sobie pytań o Bożą wolę odnośnie tej czy innej sprawy.

Dlatego też warto sięgać do tych, którzy byli przed nami, którzy – tak jak my – zmagali się ze swymi słabościami, a jednocześnie gorącym sercem kochali Boga i osiągnęli świętość. Spójrzmy więc dziś na osobę św. Alfonsa Liguori, założyciela naszego Zgromadzenia. W jaki sposób on poruszał się po ścieżkach życia, mając tak wiele trudności na różnych jego etapach (nieudana kariera prawnicza, konflikt z ojcem, droga powołania kapłańskiego, założenie nowego zgromadzenia, doświadczenie opuszczenia itd.)?

W tradycji chrześcijańskiej relację człowieka z Bogiem, który się objawił, nazywamy duchowością. Jest ogromny ocean sposobów, poprzez które ludzie przez całe wieki tę relację ujmowali. O charakterystyce danego aspektu duchowości chrześcijańskiej decydowała z pewnością osobowość konkretnego człowieka (jego historia, wrażliwość, pobożność, formacja teologiczna), ale również religijny klimat danej epoki czy też wydarzenia społeczno-polityczne. W tym kontekście możemy mówić o duchowości św. Alfonsa, a więc o jego sposobie przeżywania relacji z Bogiem. Duchowość bowiem, to nie jakaś forma dodatku do życia wiarą, ale właśnie sposób życia wiarą, po prostu – sposób życia.

Filarami tego, co nazywamy duchowością św. Alfonsa, są kluczowe momenty z ziemskiego życia Jezusa. Tradycyjnie ujmuje się to w triadę: Wcielenie – Męka i śmierć – Eucharystia (a w ramach tej tajemnicy trzy „momenty”: ofiara Mszy Świętej, komunia święta, rzeczywista obecność). Każda z tych rzeczywistości stanowiła dla naszego założyciela przedmiot głębokiego namysłu, tam bowiem odnajdywał doświadczenie spotkania z żyjącym Jezusem, którego nieustannie uczył się kochać.

Wraz z chrystocentryczną duchowością św. Alfonsa na drugim skrzydle dyptyku znajduje się kult błogosławionej Dziewicy Maryi, którą czcił jako Pośredniczkę wszelkich łask, Niepokalaną i Współodkupicielkę.

Św. Alfons zachęcał, aby korzystać z dostępnych środków, które zagwarantują człowiekowi pewność na drodze zjednoczenia z Bogiem prowadzącej do świętości. Na pierwszym planie znajdują się medytacja oraz modlitwa. Dzięki głębokiemu życiu modlitwy człowiek może w zdrowy sposób dystansować się od spraw drugorzędnych i jednoczyć się coraz ściślej z Jezusem Chrystusem.

Oczywiście, powyższe słowa zakładają, że dany człowiek szuka Boga, że jego serce dla Niego bije, że w jakimś sensie „ma wiarę”, a więc i żywą relację z Chrystusem. Stąd też będzie on pojmował zjednoczenie się z Bogiem i szukanie Jego woli jako coś dla siebie korzystnego. Tak samo przyjęcie postawy distacco (dystansu) wobec wszystkiego, co przeszkadza w pójściu za Chrystusem, będzie rozumiał jako coś naturalnego, choć często trudnego.

Dzieło, które św. Alfons całkowicie poświęcił tematowi modlitwy, w języku polskim zatytułowane zostało: Modlitwa – środek zbawienia[1] (tytuł oryginalny w języku włoskim brzmi: Del gran mezzo della preghiera). Już we wstępie do niego bardzo dosadnie wyjaśnia konieczność modlitwy na naszej drodze do zbawienia. Jest ona światłem, które pozwala człowiekowi w sposób pewny kroczyć przez życie:

«Jeśli nie będziemy się modlić, nie potrafimy być wierni światłu, jakie Bóg nam daje, ani obietnicom, jakie składamy. A przyczyna jest następująca: do spełniania dobrych uczynków, do zwycięstwa nad pokusami i praktykowania cnót, czyli do zachowania przykazań Bożych, nie wystarczą oświecenia ani nasze rozważania i postanowienia, lecz najbardziej potrzebna jest nam aktualna pomoc Boga. Tej pomocy Bóg udziela wyłącznie temu, kto się modli, i to wytrwale»[2].

Modlitwa nie jest więc dla Alfonsa jakimś dodatkiem do życia, lecz nieustannym przebywaniem w Bożej obecności. Warto o tym pamiętać zwłaszcza gdy myślimy o naszych pacierzach. Jest chlubną tradycją rozpoczynać i kończyć dzień właśnie modlitwą. Mówi się, że poranny i wieczorny pacierz to jakby „zawiasy” całego dnia. Nie oznacza to jednak, że poza tymi momentami mamy żyć „jakby Boga nie było”: chrześcijanin ma świadomość przebywania w Bożej obecności cały czas. Stąd też często słyszymy w kościele zachęty, aby wykorzystywać momenty w ciągu dnia: różaniec w drodze do pracy, krótka adoracja w kościele kiedy akurat przechodzimy obok. Są osoby, które w miarę możliwości starają się uczestniczyć w codziennej Mszy Świętej, inni z kolei sięgają po tzw. brewiarz, czyli Liturgię Godzin. A dlaczego by nie wrócić do zapomnianej trochę formy krótkich modlitw, tzw. aktów strzelistych? Święty Alfons, na końcu omawianej książki, zamieszcza kilkadziesiąt myśli i aktów strzelistych. Przytoczmy chociaż niektóre z nich:

«Mogę stracić wszystko, bylebym nie stracił Boga», «Jezus i Maryja to moja nadzieja», «Jezu, Ty sam mi wystarczasz!», «Nie dozwól, abym oddalił się od Ciebie», «Oto jestem, Panie, uczyń ze mną, co Ci się podoba!», «Czekałeś aż Cię pokocham, Panie; tak, pragnę Cię miłować!», «Tobie poświęcam życie, które mi jeszcze zostało», «Kochaj, Panie, tego grzesznika, który bardzo Cię obraził!», «Maryjo, pociągnij mnie całego do Boga!»[3].

Wiele zależy od nas, na ile zechcemy być ludźmi modlitwy, dając Bogu czas i przestrzeń naszej codzienności.

Wydaje się koniecznym, by zwrócić uwagę na jeszcze jeden niezmiernie ważny aspekt modlitwy, o którym wspomina św. Alfons. Chodzi o momenty, w których doświadczamy pokusy. Nikt z nas chyba nie jest tak naiwny by sądzić, że będzie zachowany od pokus. Sam Jezus musiał się konfrontować z podszeptami złego ducha, gdy był osłabiony po okresie postu (por. Mt 4, 1-11). Pokusy te przybrały bardzo „inteligentną” formę, szatan bowiem niejako ukrył się za treścią Bożego słowa: «jest przecież napisane» (Mt 4,6). W kontekście modlitwy jako obrony przed grzechem, św. Alfons przywołuje opinię św. Tomasza z Akwinu:

«[…] modlitwa jest najbardziej skuteczną bronią przed wrogami. Kto z niej nie korzysta, mówi św. Tomasz, jest stracony. Święty ten uważa, że przyczyną upadku Adama było niezwrócenie się do Boga w czasie pokusy»[4].

Tym, co oddziela nas od Boga, jest właśnie grzech, który zamazuje w nas Boży obraz. Stąd też modlitwa jest środkiem, który pomaga nam zwalczać pokusy, aby nieustannie pozostawać w jedności z Bogiem. Taka modlitwa to również świadectwo przyjęcia pokornej postawy zależności od Boga. Wiemy, że to „nie z nas” jest siła, by odeprzeć napaści złego ducha. Święty Alfons przestrzega, aby unikać postawy pychy podczas modlitwy. Stwierdza, że Pan Bóg «jakby nie słyszał modlitw ludzi pysznych, polegających na własnych siłach i dlatego pozostają oni we własnej nędzy»[5].

Trwanie w żywej relacji z Bogiem dzięki modlitwie pozwala również nie popadać w postawę osądzania naszych bliźnich. Należy, w pewnym sensie, odznaczać się czymś, co możemy nazwać „zdrowym myśleniem o sobie samym”. Nie chodzi tutaj oczywiście o egoizm, jakieś skoncentrowanie się na swoich potrzebach. To przede wszystkim troska o relację „ja-Bóg”. Bywa, że tracimy czas, energię, nerwy, wypowiadamy wiele słów – wszystko na temat innych ludzi, ich życia, ich pobożności. To błąd. Pan Bóg zdaje się mówić do nas: „zajmij się swoim życiem, szukaj Mnie, mojej woli; Ja sam z każdym mam oddzielną relację, każdego szukam, każdemu chcę dać się poznać”. Tym gorzej, jeśli nasze porównywanie się z innymi kończy się jakimś samouwielbieniem i wywyższaniem się nad drugim, rzekomo gorszym od nas. W tym kontekście św. Alfons przestrzega:

«Niech więc każdy strzeże się próżnej chwały i niech nie dziwi się grzechom innych, lecz raczej patrzy na siebie jako gorszego od innych, mówiąc: Panie, gdybyś mnie nie wspomógł, postąpiłbym jeszcze gorzej»[6].

Aby postępować na drodze zjednoczenia z Bogiem przez modlitwę, potrzeba nam wytrwałości. Pewną przeszkodą w wyrabianiu w sobie tejże postawy jest nasz styl życia ukierunkowany na wygodę i omijanie trudności. Z jednej strony jest to zrozumiałe, ponieważ żyjemy w czasach, w których wiele wymiarów naszego życia jest uproszczonych, jesteśmy w stanie osiągnąć wiele celów bez nakładu sił i czasu. Problem w tym, że taka „droga na skróty” nie dotyczy życia duchowego. Tutaj trzeba po prostu swoje „wyklęczeć”, przeczytać, wysłuchać. Trzeba dać swój czas, talenty, siły, aby trwać w życiodajnej relacji z Bogiem. Święty Alfons pisze:

«Wytrwałość aż do końca osiąga się przez nieustanne zwracanie się do Boga, rano, wieczorem, podczas medytacji, w czasie Mszy Świętej, komunii świętej, zawsze, a szczególnie gdy nadchodzi pokusa, powtarzając: Panie, wspomóż mnie! Panie, bądź ze mną, trzymaj swą dłoń na mojej głowie! Nie opuszczaj mnie, Panie! Zmiłuj się nade mną!»[7]

Pokorna i wytrwała modlitwa, świadomość własnej słabości oraz pełna ufność w to, że szukając woli Bożej i pełniąc ją, osiągniemy pokój serca – to zapewne niektóre z ważnych wymiarów naszej relacji z Bogiem. Cóż bowiem ostatecznie może być ważniejszego od zjednoczenia się z Nim tutaj, na ziemi, by potem – pogodnie – przejść do życia wiecznego? Św. Alfons jest niewątpliwie wielką pomocą w tym, by tak właśnie się stało. Czytajmy to, co nam zostawił, bo to droga pewna i bezpieczna. Niech i w nas spełni się to, o co nasz założyciel prosił Najświętszego Odkupiciela: «Jezu, spraw, abym zanim umrę, cały był Twój»[8].

o. Sylwester Pactwa CSsR


[1] A.M. de Liguori, Modlitwa – środek zbawienia, w Tenże, Stając przed Bogiem, Kraków 2001, 15-131.

[2] Tamże, 18.

[3] Tamże, 129-131.

[4] Tamże, 25.

[5] Tamże, 57.

[6] Tamże, 59.

[7] Tamże, 77.

[8] Tamże, 129.